W ostatni weekend przytrafiła mi się historia, którą warto chociaż w skrócie opisać. Być może to czego dowiecie się czytając ten artykuł okaże się niezbędną wiedzą i pomoże wam przetrwać w trudnych warunkach. Ja w każdym razie wcześniej o tym nie wiedziałem. Przed weekendem świat wyglądał dla mnie trochę inaczej. Może niewiele wiedziałem o panujących w Polsce realiach, może byłem naiwny. Świat idealnych lekarzy z serialu "Na dobre i na złe" okazał się fikcją. O realnej sytuacji panującej w polskiej służbie zdrowia zdecydowanie bardziej mówi serial "Daleko od noszy". Nam - pacjentom pozostaje więc nauczyć się sztuki survivalu.
W sobotni wieczór postanowiłem pojeździć motocyklem. Około 18-tej wylądowałem u kumpla na próbie zespołu rockowego. Po godzinie ruszyłem w kierunku Dzikowa - wioski nad jeziorem położonej kilkanaście kilometrów od miasta. Chciałem się trochę wyżyć więc wybrałem trasę terenową. Jechałem tędy już kilkanaście razy więc dość dobrze znałem drogę. Zaraz za Złotorią rozpędziłem motocykl na szutrze do około 100 km/h. Przypomniało mi się, że jest tam jeszcze jeden ostry zakręt wiec zwolniłem. Na łuku myślałem, że sytuacja jest opanowana więc odkręciłem ponownie gaz, wyniosło mnie jednak na zewnętrzną i zjechałem z drogi. Tragedii nie ma, taka sytuacja już się przytrafiała, najwyżej pójdę polem więc nie ma powodów do paniki. Jechałem wtedy jakieś 60/h i gdy nagle jakieś 5 metrów przed mną ukazał się wielki pień ściętego wcześniej drzewa. Nie wyróżniał się specjalnie w trawie rosnącej na krawędzi drogi więc go wcześniej nie zauważyłem. Byłem zaskoczony i nie miałem innego wyjścia jak wjechać prosto w pieniek. Najechałem na niego pełnym impetem ale niestety chyba na zamkniętym gazie. Szczegółów nie pamiętam i cały czas staram się odtworzyć to co mi uleciało. Wszystko działo się jednak w ułamkach sekundy. Wyrzuciło mnie nad motocykl i uderzyłem w kierownicę. Ochraniacz z gąbki pewnie spełnił swoją funkcję (wcześniej traktowałem go jako ozdobę). Po tym jak mnie odbiło od kierownicy wyleciałem w powietrze i spadłem uderzając solidnie klatką piersiową w glebę.
Na wschód od Torunia, ...na szutrze w okolicach Osieka.
Nr 1 w rankingu.
Leżałem na ziemi motocykl przygniótł mi nogę. W pierwszym momencie byłem przytkany więc dopiero po kilkudziesięciu sekundach kiedy złapałem oddech oceniłem swoje położenie. Silnik pracował jeszcze przez kilkanaście sekund po upadku, coraz wolniej aż w końcu zalał się i zgasł. Musiałem wygrzebać nogę spod motocykla ale strasznie bolała mnie prawa ręka. Ostatecznie jakoś udało mi się nogę wydostać. Wstałem, rozejrzałem się i skontrolowałem swoje obrażenia nie myśląc na razie o motorze. Miałem szczęście. Upadając ominąłem potłuczone butelki, ostre szkła i kawał betonowego kamienia, który leżał kilkadziesiąt centymetrów ode mnie. Upadek na niego byłby z pewnością fatalny w skutkach. Bolała mnie ręka i miejsca gdzie w kurtce miałem schowany niewielki aparat fotograficzny (klatka) i portfel (biodro). Otrzepałem się z piasku. Zaczęło lekko kropić. Trzeba było podnieść motocykl ale nie wiedziałem jak się do tego zabrać. Stanąłem tyłem do sprzęta, złapałem za bagażnik lewą ręka i ku mojemu zdumieniu zadziwiająco łatwo postawiłem go na koła. Adrenalina zrobiła swoje. Motor specjalnie nie ucierpiał. Przetarłem jeszcze kask, na którym było trochę ziemi, pozbierałem się do kupy i pojechałem dalej terenem w kierunku Dzikowa. Coraz bardziej padało ale to nawet dobrze bo trochę umyłem się z tego piachu, który miałem na sobie. W porównaniu z moimi wcześniejszymi upadkami ten był z pewnością numerem jeden w rankingu gleb zaliczonych do tej pory na motorze.
Noc spędziłem w knajpie w Dzikowie znieczulając umysł i kończynę górną zimnym browarem przy Speedway GP.
Na wschód od Torunia. Prom przez Wisłę do Nieszawy. Już kilka razy tamtędy płynąłem i zawsze jest fajnie.
Wizyta w szpitalu przy ul. Batorego w Toruniu.
Kiedy obudziłem się rano cały czas bolała mnie ręka. Na nadgarstku widoczny był nieduży ale bardzo bolesny obrzęk. Praktycznie niczego nie mogłem zrobić używając prawej dłoni. Po zachęcie rodziny i znajomych, że dłoń może być jednak złamana i nie warto tego lekceważyć postanowiłem udać się jednak do szpitala. Zdecydowana większość facetów nie biega z urazami od razu do lekarza tylko czeka na rozwój sytuacji. Pojechałem do szpitala miejskiego na ul. Batorego, bo tam akurat był dyżur jak dowiedziałem się przez telefon.
Podszedłem do okienka i powiedziałem, że miałem wypadek i chciałbym żeby lekarz obejrzał moją rękę.
- Kiedy był ten wypadek? - spytał mało przyjemny mężczyzna za szybką izby przyjęć.
- Wczoraj wieczorem - odpowiedziałem.
- To proszę udać się do lekarza pierwszego kontaktu tam gdzie jest pan zarejestrowany. On da panu skierowanie na rentgen...
Facet przedstawił mi formalną drogę tego jak mam tę sprawę załatwić.
Po takim "miłym" przyjęciu w to piękne niedzielne popołudnie normalnie opuściłbym sobie dalsze prośby o konsultacje ale wtedy jeszcze nie wiedziałem co mi jest, a ręka cały czas mocno mnie bolała więc postanowiłem spytać jeszcze raz.
- Nie rozumiem. Miałem wypadek, może sobie cos złamałem i mam sobie iść?
- Takie mamy przepisy. Nic na to nie poradzę. Do widzenia.
Wyszedłem na chwile ze szpitala, ale poirytowany wróciłem po chwili do "recepcji".
- Wie pan co jednak uświadomiłem sobie, że to było dzisiaj.
Wyraźnie poirytowany pracownik szpitala poprosił o wsparcie lekarza, który powtórzył mi to co usłyszałem wcześniej.
- Proszę sobie z nas żartów nie robić. Kolega powiedział panu jak sprawy wyglądają. Do widzenia.
- Tu już nie chodzi o przepisy ale chyba trzeba być trochę człowiekiem?
- Proszę sobie iść. Takie mamy przepisy i nic na to nie poradzę.
- A nie może pan chociaż przez chwilę spojrzeć, czy to może być coś poważnego?
- Już panu mówiłem co ma pan zrobić. Do widzenia - powiedział lekarz z ironicznym uśmiechem na ustach.
Ja i mój motór - Honda XL 600 LM. Dobry sprzęcik, odporny na wielu użytkowników i uczy pokory kiedy trzeba.
Czy jest tu jakiś lekarz?
Wyszedłem ze szpitala delikatnie mówiąc wkurwiony. Czy to się dzieje naprawdę? Może jesteśmy w ukrytej kamerze? Na szczęście towarzyszył mi mój dobry przyjaciel Borski więc mieliśmy niezły temat do zlewki z polskiej służby zdrowia w dalszej części naszej podróży po mieście. Najbardziej zażenowało mnie, że lekarz, z którymi do tej pory (na szczęście) nie miałem zbyt wiele do czynienia miał mnie - pacjenta, kompletnie w dupie. Pacjenta, który płaci ZUS i utrzymuje te wszystkie placówki. Mogłem doczołgać się tam bez nóg, jeśli wypadek był wczoraj to do widzenia. Gdybym im odjechał wtedy w poczekalni to jestem pewien, że przez klika minut myśleliby że udaję. Nie wiem, może panowie mieli zły dzień, ale czy w takim miejscu jest to jakimś usprawiedliwieniem?
Pojechałem do swojej przychodni gdzie pani "doktór" powiedziała mi, że nie ma niestety rentgena w oczach i co mam dalej zrobić żeby przyjęli mnie tym razem w szpitalu na Bielanach. Skorzystałem z tych ważnych rad i zgodnie z zaleceniami sympatycznej ale kompletnie bezradnej pani doktór udałem się do drugiego szpitala. Tam było już dużo lepiej chociaż nie powiem, że sympatycznie. Pani, która mnie przywitała raczej do sympatycznych nie należała, ale potem było już dużo lepiej.
Warto zapamiętać.
Napisałem ten artykuł z dwóch powodów. Pierwszy jest taki, że prędzej czy później każdemu z nas może zdarzyć się mniejszy lub większy wypadek. W naszych polskich realiach udając się do szpitala następnego dnia po wypadku trzeba kłamać żeby przyjęto nas do lekarza na oddział pierwszej pomocy. To smutne i przerażające odkrycie do czego zmuszają nas przepisy. Przykre jest też zachowanie tych skurwysynów w izbie przyjęć. Nie obchodziło ich zupełnie co się stało i jak można mi pomóc. Zostałem potraktowany jak upierdliwy przypadek typa, który przerwał im ich sprawy i się dopieprza żeby go przyjąć, bo coś se zrobił. Gdzie w tym momencie jest przysięga Hipokratesa? Nie chcę obrażać całego środowiska lekarskiego ale jeśli tak w tym kraju wygląda "bezpłatna" opieka medyczna to chyba jest jakieś nieporozumienie? Nie żal mi was lekarze, bo jeśli w ten sposób podchodzicie do pacjentów to nie zasługujecie nawet na najniższa krajową, nie mówiąc już o podwyżkach, o które tak zaciekle walczycie. Proponuję zapoznać się najbliższymi terminami wylotów do Irlandii albo gdziekolwiek. Mam nadzieję, że to będzie bilet w jedna stronę. Z wielkim bólem przeleje w tym miesiącu kolejny haracz za ubezpieczenie zdrowotne.
Drugi powód napisania tego artykułu to sam wypadek. Chyba już wiem jakie błędy popełniłem. Na mój upadek złożyło się oczywiście kilka czynników: to min., że wcześniej się zdenerwowałem, za duża prędkość, złe wejście w łuk, zaskoczenie, mało czasu na reakcje i oczywiście brak pewnych umiejętności. Nigdy wcześniej nie ćwiczyłem takiej sytuacji i nawet nie wyobrażałem sobie, że coś w tym stylu mnie spotka, na drodze, którą przecież dobrze znam.
Wnioski? Jak zwykle dobre ciuchy i przede wszystkim buty znowu się przydały. Ochraniaczy na nadgarstki chyba jeszcze nie wymyślono ale i tak moje urazy nie były na szczęście groźne. Nie warto oszczędzać na ochronie.
Sam wypadek to mały szok w porównaniu z doświadczeniami ze służbą zdrowia. Może jestem naiwny ale nie wiedziałem, że tak jest. Pewnie dlatego, że prawie wcale nie korzystam z usług lekarzy. Tym razem mocno się potłukłem i na szczęście nie muszę korzystać z dalszych konsultacji. Może by jeszcze mnie okrzyczeli?
Przeciwskręt.
Podczas podróży po toruńskich szpitalach Tomek, któremu bardzo dziękuję za pomoc opowiedział mi o przeciwskręcie, którego uczył się niedawno na kursie doskonalącym dla motocyklistów. Większość motocyklistów stosuje ten manewr zupełnie nieświadomie. Temat mi się na tyle spodobał, że nie mogę już doczekać się kiedy znowu usiądę na mojej Hondzi i będę mógł pobawić się tym w pełnej świadomości tego co robię.
Dzisiaj byłem na chwilę w garażu i zrobiłem kilka pierwszych prób. To działa!!! Może następnym razem uda mi się ominąć pieniek i nie trafię w ręce tych żałosnych konowałów? Zresztą jak sobie połamie nogi to mogę nie zdążyć przed północą i znów mnie pewnie nie przyjmą...
| |
Marcin Pulkowski
Honda XL 600 LM |