aktualności  |  galeria  |  artykuły  |  księga gości  |  kontakt


artykuły

 

Ściana Wschodnia - część północna, Mazury, Suwalszczyzna, Podlasie, Mazowsze.
Relacja z wyprawy motocyklowej 16-21 czerwca 2009 r.
Marcin Pulkowski
Dzień 1. Toruń-Wierzba
Pod garażami z Zacharem spotkaliśmy się przed dziewiątą rano. Na dworze padał deszcz więc nie spieszyliśmy się mając nadzieję, że do czasu naszego wyjazdu trochę się przejaśni. Nic z tego, padało cały czas tak samo. Borski puszcza mi na telefon wędkę, że właśnie rusza z Warszawy. U niego pogoda podobna. Impregnujemy buty i owijamy je folią, chwilę potem ruszamy w trasę.
Sprzęty spakowane i gotowe do jazdy. Tylko ta pogoda... hmm. Mogłaby być trochę lepsza. Nie ma to jak przemoczyć buty pierwszego dnia, ale to chyba już zaczyna być tradycją. Przed wyjazdem zmieniłem opony z kostek na szosowe. Będę miał podobny pogląd na jazdę jak moi towarzysze podróży - Zachar i Borski. Oni w zasadzie do tej pory nie mieli wiele wspólnego z jazdą w terenie więc chciałem się dopasować. Zmieniłem też trochę design mojej Hondy. Z przodu lampa mówi wszystko. W drogę...
Po drodze jeszcze szybki przegląd na stacji diagnostycznej mojego motocykla. Wszystko przebiega bardzo sprawnie, a deszcz trochę odpuszcza dając nadzieję, że będzie lepiej. Do Brodnicy jedziemy po mokrym asfalcie ale przynajmniej nie pada. Za Brodnicą sytuacja wraca jednak do normy i wszystko zaczyna się od początku. Deszcz, deszcz, deszcz.... i to coraz mocniejszy. Trasa pomiędzy Brodnicą, a Lidzbarkiem, Działdowem, Nidzicą zawsze była dla mnie bardzo urokliwa. Teraz w deszczu zupełnie nie robiła wrażenia. Koncentruje się na jeździe i co jakiś czas przecieram okulary. Otwarty, crossowy kask na deszczu zupełnie się nie sprawdza. Za Nidzicą w umówionym miejscu spotykamy się z Borskim. Właśnie wciągnął jakiś obiad. Zamawiamy z Zacharem coś do żarcia i regenerujemy siły utracone podczas mokrej jazdy. To dopiero jakieś 150 km, a już zdążyłem się trochę wyziębić. Popełniłem błąd. Przed wyjazdem zdjąłem z kurtki ocieplacz, a pod spodem miałem tylko koszulkę. Okazało się to trochę mało na taką pogodę, ale spoko ciepły żurek zrobił swoje. Przed nami jeszcze jakaś stówka więc wytrzymam. Po wyjściu z knajpy padało jeszcze bardziej. Nie ma na co czekać jedziemy. Szans na poprawę nie widać ale już wiemy, że Suwalszczyznę zobaczymy dopiero jutro. Pada, pada, momentami leje. Niebo wszędzie jednakowe nie daje nadziei na poprawę tego stanu rzeczy. Dojeżdżamy do Wejsun na Mazurach, tam liczyłem na nocleg. Właściciel hotelu proponuje nam nocleg za 180 zł. Wcześniej ustaliliśmy z Zacharem i Borskim, że podczas trasy zgadzamy się na noclegi do 30 zł. Gość mówi, że może dać mały upust. Za mały. Jedziemy dalej. Ciężko znowu wsiąść na motor kiedy wcześniej liczyło się, że to już meta. Mokrzy i wyziębieni jedziemy dalej przez obszar hodowli konia polskiego do miejscowości Wierzba.
Na Mazurach pogoda była taka sama jak wszędzie, czyli deszcz. Nie inaczej było w miejscu noclegu. Na podwórku pełno błota, ale najważniejsze, że dojechaliśmy.
Tam ma być prom, który zabierze nas na drugi brzeg jeziora. Jeśli go nie będzie to czeka nas dodatkowe 40 km jazdy naokoło jezior. Prom jest i odchodzi za 15 min (ostatni tego dnia). Szybkie pytanie do sternika promu o noclegi tu na miejscu. Poleca nam miejscową agroturystykę gdzie udaje nam się znaleźć coś w przyzwoitych warunkach za 40 zł od łba. Bierzemy! Jedziemy jeszcze do sklepu po zakupy: chleb, kiełbasa, cebula, serki topione i gorzka żołądkowa. Cały czas pada, wszystko mokre, dopiero pod wieczór niebo jaśnieje i wychodzi po raz pierwszy tego dnia słoneczko. Jak miło.
To samo miejsce, kiedy wyszło słońce robiło już zupełnie inne wrażenie. W dalszym planie na horyzoncie Mikołajki.
Idziemy nad brzeg Jez. Bełdan. Na przystani stoi sporo jachtów i łódek. Z miejsca gdzie mieszkamy widać Mikołajki. Teraz lśnią w słońcu, zupełnie inaczej jak wtedy kiedy tu przyjechaliśmy. Wieczorna kolacja - kanapki z kultową cebulą. Jak to mówi Zachar kanapka może nie mieć chleba ale cebulka musi być. Kto wie może dzięki niej nie dopadło mnie następnego dnia przeziębienie pomimo dość mocnego wychłodzenia organizmu.
Dzień 2. Wierzba - Błaskowizna
Będzie padać, nie będzie? Wstajemy, a tu już zupełnie inny dzień. Słońce żarem leje się z nieba, szybko korzystamy dosuszając ciuchy przed wyjazdem. Na śniadanko ogromny talerz pysznych pierogów z mięsem, który ma nam dać energii na cały dzień. Pakujemy się na sprzęty i ruszamy dalej w trasę. Start wyznacza godzina pierwszego promu 11:00. Cena promu 8 zł od osoby z motocyklem. Drożyzna w porównaniu z promem do Nieszawy. Do samych Mikołajek dojeżdżamy typowo leśną drogą. Kierujemy się w kierunku Gierłoży przez Giżycko. Mazury to bardzo fajne tereny na turystykę motocyklową po asfalcie ale..., kilka mniejszych wiosek i asfalt się kończy. Wpadamy na szutrówki, które z czasem zamieniają się w typowo polną dwuśladową śliska drogę. Do tego znowu zaczyna kropić. Na szczęście tylko przez chwilę. Droga jest zdradliwa i zaczyna mi rzucać motocyklem. Zwalniam. W lusterku na kole pojawia mi się Borski, który trochę się zapędził iiiiii.... pierwsza gleba Borskiego. Nic się nie stało. Stawiamy motor. Patrzę na mapę jak się stąd wydostać.
Miejsce pierwszej gleby Borskiego. Na wschodzie nie da się jeździć tylko po asfalcie. Drogi które na mapie zaznaczone są jako główne, często okazują się terenowymi szutrówkami, albo błotnistą polna drogą, która po deszczu lubi sprawić nie lada niespodziankę. Najważniejsze żeby nikomu nic się nie stało, a samo lądowanie w błotku to "czysta" przyjemność.
Asfalt pojawia się po kilkuset metrach. Jedziemy do Wilczego Szańca byłej kwatery Hitlera na Mazurach. Parkujemy sprzęty i idziemy zwiedzać. Miejsce robi wrażenie.
"Wilczy Szaniec" - była kwatera Hitlera na Mazurach. W tym miejscu stał barak, w którym 20 lipca 1944 roku Claus Schenk - hrabia von Stauffenberg dokonał zamachu na wodza III Rzeszy. Podobnie jak wielu innych stawiających opór dyktatorowi zapłacił za to życiem.
Zdjęcie wykonane na krótko po zamachu.
Zwiedzamy bunkry Wilczego Szańca.
Po około dwóch godzinach ruszamy w dalszą drogę. Mijamy kolejne bunkry OKH "Mamerki" i objeżdżamy górą Jez. Mamry. Dalej przez Węgorzewo kierujemy się na Gołdap. Przed miejscowością Banie Mazurskie dopada nas ulewa i grad. Całkiem spore kostki lodu walą nam po kaskach. Zjeżdżamy na stację benzynową, żeby przeczekać nawałnicę. Kiedy sytuacja się uspokaja ruszamy dalej. Deszcz cały czas trzyma nas w niepewności. Mijamy Gołdap i Puszczę Romnicką po lewej stronie. Powoli czuć klimat Suwalszczyzny. Tereny robią się coraz bardziej górzyste jest OK. Dojeżdżamy do Stańczyków. Kilka fotek na pamiątkę i jedziemy dalej. Pogoda wciąż na granicy słońca i deszczu.
Suwalszczyzna - dla mnie jeden z najpiękniejszych rejonów w Polsce.
Kierujemy się na Wiżajny. Piękna trasa, zapiera dech w piersiach. O to właśnie chodziło, banan na twarzy i delektujemy się okolicą jadąc 70 km na godzinę. Zatrzymujemy się w miejscu gdzie łączą się granice Polski, Rosji i Litwy. Dzwoni telefon, dostaje potwierdzenie, w sobotę gramy koncert w Szczytnie! Zajebiście. Chcieliśmy coś zjeść w Wiżajnach ale Karczma myśliwska którą polecał kolega okazała się zamknięta na cztery spusty. Na horyzoncie pojawiają się pioruny i znowu zaczyna kropić. Szybka decyzja uciekamy przed burzą w kierunku Cisowej Góry. Udało się, przeszła bokiem, jakoś za nami. Jest około godziny 18-tej. Skręcam w lewo na szutry kierując się w stronę Wodziłek. Jak zwykle wtopa. Kilkusetmetrowa droga prowadzi do jakiegoś gospodarstwa. Przejeżdżam przez podwórko robiąc sobie przelotówkę. Gość tam powiesił sieć rybacką żeby odgrodzić teren. Widzę lukę przejeżdżam. Za mną Borski nie zauważył sieci. Druga gleba Borskiego. Wpadł w sieć jak rybka, he, he... Do tego wylądował w jakimś oborniku więc wali na odległość. Na szczęście nikogo nie było w gospodarstwie więc obywa się bez opierdalu. Doprowadzamy wszystko do porządku i szukamy innej drogi. Jest jeszcze gorsza. Wjeżdżamy na jakieś mokradła. Teren nadający się wyłącznie na kostki. Jakoś przejeżdżam. Chłopaki z tyłu powoli tracą wiarę w pomyślne zakończenie historii. Po chwili trzecia gleba Borskiego. Zbieramy sprzęt do kupy nic się nie stało, w końcu miękko. Kałuże robią się naprawdę głębokie, cofać się nie ma sensu. Przejeżdżam i biorę sprzęt Borskiego, ten kręci filmik z nadzieja, że się wywalę. Nic z tego. Ku mojemu zdziwieniu jego opony lepiej kleją na błocie od moich. Zachar przejeżdża za mną i powoli zaczyna mu się podobać zabawa w terenie. Po chwili znowu pakujemy się komuś na podwórko. Tym razem gospodarz wylatuje z krzykiem. Przepraszamy i cofamy się na inna drogę. Wygląda niepewnie więc chłopaki zostają a ja jadę rozeznać się w sytuacji. Daje radę przejechać ale jest kiepsko. Mam dylemat czy pakować w to chłopaków? Do tego spotykam jakiegoś świra, który mieszka w chacie z drewna i chce nas koniecznie zaprosić do siebie na wodę ze źródełka. Mówi, że robi różne maści i takie tam... Jest miły i sympatyczny ale pierwsze wrażenie robi niepokojące. Powoli się zmierzcha, dziękujemy więc za gościnę i wybieramy inna drogę. Ta opcja okazuje się lepszym wyborem. Droga trzyma już znacznie lepiej. Nareszcie... Znam tę drogę już tu byłem rok wcześniej podczas samotnych wędrówek peugeotem. Po chwili dojeżdżamy do Wodziłek. Dalej znajomy szuterek po górkę i prosto do Adama w Błaskowiźnie.
Drogi Suwalszczyzny.
Drogi Suwalszczyzny.
Drogi Suwalszczyzny.
Drogi Suwalszczyzny.
Jest prawie 21-sza i załapujemy się na końcówkę otwarcia sklepu. Zestaw ten sam cebulka, kiełbasa... i gorzka żołądkowa. O chlebie zapomnieliśmy ale przecież w kanapkach najważniejsza jest cebula. Wchodzę w butach do Hańczy. I tak są całkiem przemoczone więc nie ma to znaczenia. Wiem, że podczas tej wycieczki już ich nie wysuszę. Uwielbiam to miejsce, znowu tu jestem. Noclegi u Adama kosztują nas 50 zł na trzech. Śpimy w przyczepie kempingowej. Odbijamy sobie za wczorajszą niewielką nadpłatę.
Cebulowa dieta uchroniła nas przed skutkami wyziębienia.
Dzień 3. Błaskowizna - Wizna
Ciężko zwlec się z wyra. Jemy jakieś symboliczne śniadanie i po zapakowaniu się na sprzęty koło południa ruszamy w dalszą podróż. To ostatni dzień z Zacharem, który musi dzisiaj w związku z robotą wrócić do Torunia. Mijamy Suwałki i objeżdżamy Jez. Wigry i znowu lądujemy na szutrach. Przejeżdżamy kilkukilometrowym leśnym odcinkiem przez Puszczę Augustowską. Lądujemy w miejscowości Tobołowo na obiedzie. Kobieta w miejscowej knajpie poleca gołąbki, bierzemy. Cena 15 zł. Gołąbki nawet smakują tylko w środku trudno zauważyć kawałki mięsa w ryżu. Baba idzie w zaparte i na sugestie Borskiego mówi, że miesza mięso z ryżem w stosunku 1:1. Lepiej by siedziała cicho niż pieprzyła takie głupoty, w końcu same gołąbki nie były takie złe, ale my jesteśmy mięsożerni!
W knajpie w Tobołowie. Gołąbków nie polecamy chyba, że ktoś lubi mięso z ryżem w proporcji 1:30.
Kącik pełen staroci w knajpie w Tobołowie.
Zniesmaczeni ruszamy dalej. Po kilku kilometrach dojeżdżamy do głównej drogi, która prowadzi na Augustów. Tutaj żegnamy się z Zacharem. Od tego momentu jedziemy już tylko we dwóch. Kierujemy się w kierunku Mikaszówki wzdłuż Kanału Augustowskiego. Oglądamy śluzy na kanale, jest bardzo przyjemnie. Teren tutaj robi się równy jak stół. Drogi są bardzo wąskie (tak na jeden samochód) i kręte. Słońce świeciło i jechało się bardzo przyjemnie. Asfalt dobrze trzymał więc można było się trochę powyginać na winklach.
Śluzy Kanału Augustowskiego.
Borskiemu zaczyna kończyć się paliwo więc jedziemy dalej przez Lipsk gdzie przejeżdżamy Biebrzę i lądujemy na stacji w Dąbrowie Białostockiej. Miasto omijamy bokiem i jedziemy w kierunku Suchowoli gdzie robimy sobie zdjęcia przy kamieniu symbolizującym geometryczny środek Europy. Dalej asfaltową prostą w kierunku Goniądza, gdzie po drodze mineły nas trzy samochody. Prosta był tak długa, że myślałem, że zasnę za kierownicą.
Pozdrowienia dla Robaka, który urodził się w tej miejscowości.
Geometryczny środek Europy w Suchowoli.
Po atrakcjach Suwalszczyzny zrobiło się trochę nudno. Odpoczęliśmy chwile na rynku w opustoszałym Goniądzu, gdzie chyba cała miejscowość była właśnie na mszy w kościele. Dalej mijamy Twierdzę Osowiec i udajemy się w samo serce Bagien Biebrzańskich. W powietrzu czuć wilgoć i świeży zapach lasu. Zatrzymujemy się przy drewnianej wieży widokowej skąd roztacza się widok na trawiaste, bagienne łąki.
Wieża widokowa znajdująca się w samym sercu Bagien Biebrzańskich.
Dalej kierujemy się w stronę Wizny, gdzie mamy do odwiedzenia słynne miejsce pamięci narodowej gdzie polscy żołnierze stoczyli bohaterską bitwę z przeważającymi siłami Wermahtu.
Strękowa Góra. Miejsce bohaterskiej obrony Polaków podczas kampanii wrześniowej. Bunkier dowódcy odcinka, kpt. Władysława Raginisa, który poległ w tym miejscu, broniąc się do końca, wysadzając bunkier w powietrze podczas próby wejścia nieprzyjaciela do jego wnętrza.
Widok ze Strękowej Góry na dorzecze Narwi i Biebrzy.
Mogiła ze szczątkami poległych pod Wizną Polaków.
Oglądamy miejsce bitwy. Widok robi wrażenie. Czuć powiew historii. Zaczynamy szukać noclegu w okolicy i znajdujemy idealna miejscówkę kilka kilometrów dalej w kierunku Wizny. Szybko dogadujemy się negocjując ceny za noclegi i jedzenie z miłą gospodynią. Miejscówka jest naprawdę klimatyczna. Na ścianach wisi pełno broni maszynowej, stare ale dobrze zachowane pepesze, cekaemy, poniemieckie karabiny, biała broń, bagnety. W miskach zamiast owoców leżą różnego rodzaju granaty ręczne i miny, chociaż owoce też były. Szok. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Trochę jak w muzeum, a wszystkiego można dotknąć, wziąć do ręki.
Gospodarstwo agroturystyczne w bardzo militarnym klimacie. Niepowtarzalna miejscówka.
Na obiadokolację jemy pierogi i barszcz ukraiński. Na śniadanie szwedzki stół z dużym wyborem swojskiego żarcia. Razem z noclegiem wszystko w cenie 60 zł. Warunki noclegowe bardzo dobre, pełen komfort.
Smacznego.
Zanim położyliśmy się spać Zachar przysłał esemesa, że dojechał w jednym kawałku.
Dzień 4. Wizna - Białowieża
Wstajemy rano i znowu wita nas słońce. Uraczeni śniadankiem u naszych przemiłych gospodarzy, którzy zadbali o to abyśmy nie wyjechali głodni i jeszcze wzięli coś na drogę ruszamy w dalszą drogę.
Borski daje ognia pod Wizną.
Na samym początku pojechaliśmy za miejscowość Ruś zobaczyć miejsce gdzie Biebrza wpada do Narwi. Zaliczone. Jedziemy dalej. Przez jakiś czas jechaliśmy drogą główną, potem drugorzędną, potem trzeciorzędną i znowu szuter. Jechało się znowu fantastycznie. Trasa rowerowa, bo taką sobie wybraliśmy prowadziła przez niewielkie miejscowości i mogliśmy zobaczyć trochę lokalnego folkloru. Na przykład: jedziemy sobie asfaltówką i w miejscu gdzie znajduje się tablica "obszar zabudowany" kończy się asfalt. Przez całą wieś prowadzi szutrówka, aż do miejsca gdzie stoi znak "koniec obszaru zabudowanego" i znowu zaczyna się asfalt. Dziwne? Może zwijają albo jakiś mało zaradny sołtys tam mieszka? Dojechaliśmy do miejscowości hetmana Czarneckiego - Tykocina z bardzo fajnym ryneczkiem. Borski się tankuje, chwila przerwy i jedziemy dalej. Po przejechaniu drogi nr 67 prowadzącej prosto do Białegostoku, znowu zjeżdżamy na szutry. Jedziemy, jedziemy iiiiii..... czwarta gleba Borskiego. Widziałem w lusterku jak leci na łuku drogi i nie wyglądało to dobrze. Droga w tym przypadku nie była miękkim błotkiem. Na tym szuterku było dość twardo i kamieniście. Na szczęście oprócz połamanych plastików i wielkiego sińca na biodrze nic się nie stało poważniejszego.
Borski został liderem w zaliczaniu gleby podczas naszego wyjazdu. Najważniejsze, że nic mu się nie stało i nie tracił dobrego humoru.
Dalsza droga to w zasadzie dwie godziny jazdy po szutrówkach z niewielkimi odcinkami asfaltowymi. Zrobiliśmy wielkie koło, a raczej trójkąt nie mogąc wyjechać z zakola Narwi, tworzącej w tych okolicach ogromne rozlewiska. Droga, która miała według GPSa prowadzić do mostu okazała się ślepa, a mostu w tym miejscu nie było według miejscowych od końca wojny. Cała sytuacja zmusiła nas do powrotu na drogę nr 67 ale warto było zobaczyć drewniane zapomniane wioski o ciekawych nazwach np. Konowały, albo miejsca gdzie wraz z drogą kończy się wieś.
Zachar szczęśliwie dojechał do domu w czwartek wieczorem. Szkoda, że nie mógł zobaczyć dalszych atrakcji wycieczki.
Na obiad zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej w okolicach wsi Radule. Naszą podróż kontynuowaliśmy przez teren Narwiańskiego Parku Narodowego. Tego dnia Narew przekraczaliśmy kilkakrotnie. Poruszaliśmy się głównie asfaltem i szutrówkami. W pamięci zostały mi wioski z kolorowymi domami ustawionymi równiutko obok siebie w sposób charakterystyczny względem jezdni. Taka prawdziwa wieś jakby z bajki albo ruskich książek.
Rozlewiska na terenie Narwiańskiego Parku Narodowego.
Pogoda zaczęła się mocno pogarszać i w pewnym momencie zaczęło padać. Zrezygnowaliśmy z dróg terenowych i do celu postanowiliśmy pomknąć jak najszybciej asfaltem. Padało coraz mocniej. Już przed Hajnówka warunki zrobiły się wtorkowe czyli non stop deszcz. Do Białowieży nic się nie zmieniło. Jechaliśmy przez puszczę asfaltem w pełnym deszczu. Do końca dnia w zasadzie padało cały czas. Adres noclegu wzięliśmy z jakiejś tablicy reklamowej wiszącej na płocie. Dzwonimy! Trochę negocjacji jak zwykle i jest 30 zł za spanko w fajnym, regionalnym, drewnianym domu. Żeby tradycji stało się zadość do sklepu pojechaliśmy kupić Żubrówkę i pęto swojskiej kiełbachy.
Rynek w Tykocinie - miejscowości, którą za swoje zasługi w wojnie polsko - szwedzkiej otrzymał na własność od króla Jana Kazimierza hetman Stefan Czarnecki.
Borski i Pulek w trasie.
Tego dnia dominowały szutrówki i drogi terenowe. Pod koniec kiedy zaczęło padać zdecydowaliśmy się pędzić asfaltem do samej Białowieży.
Dzień 5. Białowieża - Szczytno
Rano jak zwykle pospaliśmy do 9:00 czyli do śniadania. Na śniadanko pani zaserwowała jajecznicę i gotowe kanapki ze swojską kiełbaską. Najedliśmy się, potem poszliśmy pakować klamoty i w drogę. Pogoda tego dnia nie była pewna ale z czasem przerodziła się w pełny i piękny słoneczny dzień. Celem było Szczytno i impreza odbywająca się od ośmiu lat, po raz dziewiąty z rzędu zwana "Dachowaniem" od miejsca gdzie kiedyś występowali artyści (dach garażu). Najogólniej impreza rockowa w prywatnym ogrodzie u kolegi - Radzia, człowieka bardzo wszechstronnego muzycznie, o silnych tradycjach rodzinnych. Impreza dla kilkudziesięciu, może nieco ponad stu osób o bardzo specyficznym, niepowtarzalnym klimacie ale do tego jeszcze wrócę.
Pulek
Droga do Szczytna to głównie zapierdalanie asfaltem przez Bielsk Podlaski, Zambrów i Łomżę drogą nr 66 i 63, żeby być na szesnastą. Po drodze obiad (gdzieś przed Łomżą) i generalnie cały czas jazda, prawie bez przystanków. Do Szczytna dojechaliśmy zgodnie z planem. Wjeżdżając motocyklami na podwórko wzbudziliśmy zainteresowanie zebranych tam ludzi. Rozeznaliśmy się w sytuacji i rozbiliśmy namioty (wreszcie się przydały) w spokojnej części ogródka. Borski zrobił zakupy na wieczór a ja zacząłem powoli koncentrować się na występie. Wcześniej leciała muzyka elektroniczna, nasza kapela miał otwierać część rockową.
Debiutancki występ Paragon Brutto w Szczytnie.
Nie mamy jeszcze w zasadzie oficjalnej nazwy, a gramy ze sobą od dwóch miesięcy. Tym razem wystąpiliśmy jako "Paragon Brutto", może nazwa się przyjmie i już zostanie? Po 17-tej wyszliśmy na scenę.
Publiczność przyjęła nas ciepło.
Było sympatycznie jak na debiut. Ludzie przywitali nas bardzo otwarcie i nie szczędzili oklasków, co mocno podbudowało nas przed występem. Udało mi się złapać kontakt z publicznością, zagraliśmy pięć kawałków i jakiegoś spontana. Kapela otwierająca imprezę ma zawsze najtrudniej ale jakoś udało się przyzwoicie wypaść. Komentarze w trakcie imprezy przekonały mnie, że było OK. Najbardziej podobał mi się Borski, który nieźle sobie zaszalał. W końcu wyluzował się na maxa po całej podróży i oddał duchowi spontaniczności. Przy coverach klasyków polskiego rocka dał się ponieść w tańcu pogo.
Borski pod sceną w tańcu pogo.
Impreza niezapomniana, a dla naszej kapeli pewnie nie ostatnia w Szczytnie.
Dzień 6. Szczytno - Toruń
Rano po obudzeniu, delikatnie czuliśmy jeszcze skutki wczorajszej zabawy. Koledzy z kapeli przyszli zaprosić nas na śniadanko i jajecznicę przyrządzoną klasycznie przez Bociana (basistę). Piszę klasycznie, bo ostatnio podczas imprezy w Dzikowie, robił dla nas ryby na grilu. Taki nasz kapelowy kucharz. Po śniadanku rozpoczęliśmy długie pakowanie i już dobrze po południu wyjechaliśmy ze Szczytna.
W drodze. Krótki przystanek.
Po drodze zatrzymaliśmy się na obiad jeszcze raz w tej knajpie niedaleko Nidzicy, gdzie spotkaliśmy się we wtorek z Borskim. Ten sam obiad, ten sam kelner tylko pogoda na dworze zupełnie inna. Teraz świeciło słońce. Jak siedzieliśmy na tarasie to widzieliśmy kolesia na ścigaczu, który jechał w koszulce z krótkim rękawem ponad 200km/h. Tam gdzie siedzieliśmy już widać było, że mocno hamuje bo 400 metrów dalej był zakręt. Jak ruszaliśmy z knajpy to rozglądaliśmy się czy nie zostawił jakiejś ścieżki w pole albo kleksa na drzewie. Pożegnaliśmy się i za miastem na wylotówce każdy pojechał w swoją stronę.
Pożegnanie w knajpie pod Nidzicą.
Do domu tradycyjnie jechałem szybciej od samochodów. Nie potrafię się jakoś wyluzować jak jadę sam asfaltem i muszę zapierdalać jak pies spuszczony ze smyczy. Nie wiem czy do domu mi się spieszy czy mam tak zrytą psychikę, że nie mogę jechać jak grzeczny chłopczyk i powstrzymać się przed odkręcaniem maniety na asfalcie, zwłaszcza kiedy pusto na drodze. Muszę nad tym jeszcze popracować.
Ekipa w pełnym składzie. Od lewej: Zachar, Pulek i Borski
Na koniec refleksje...
Zachar; Suzuki DR 800 Big: "Jest na zachodzie taka gazeta lokalna "Ziemia Lubuska". Czytałem to za dzieciaka, jeszcze w Gorzowie. Wśród stałych rubryk tematycznych była m.in. jedna zajebiście frapująca, o pięknie skrojonym tytule: "Dwa łyki filatelistyki". No właśnie, tą suwalszczyznę to można łykać, łykać i łykać..."
Borski; Honda Transalp 650: "Na pierwszy rzut oka pomysł troche szalony bo doswiadczenia jeszcze brakuje, ale po zapakowaniu wszystkich gratów z namiotem włącznie i prezejechaniu kilkudziesieciu kilometrów powności przybylo i już było tylko lepiej. Na koniec po tych kilku dniach wielkia ulga że kondycji starczyło, siniaki na pamiatke i Trampek nie zawiódł mimo przygód. Widoki nieziemskie, polecam wszystkim taką przygodę. Dzięki chłopaki za towarzystwo i wsparcie w trudnych chwilach. Do nastepnego razu w innym miejscu. Siema Borsky"
Pulek; Honda XL 600 LM: "Ten wyjazd przekonał mnie ostatecznie, że optymalna ilość jeźdźców na dłuższe wyprawy to 2-4. Łatwo się ze sobą dogadać, ryzyko tego, że coś się popsuje albo nawet złapiemy zwykłą gumę jest dużo mniejsze niż w dużej ekipie. Wyjazd był taki jak się spodziewałem. Od początku do końca było super. Nie było poważniejszych wypadków, nic się nikomu nie popsuło, zero najdrobniejszych awarii. Czas poświęcony na własciwe przygotowanie sprzętu nie poszedł na marne. Szkoda, że to już po... Teraz chciałbym jeszcze dalej. "
  Marcin Pulkowski

Paragon Toruń - Enduro Brutto



 

  © 2012 pulkowski.pl